Gdy ja i moi starzy znajomi byliśmy dziećmi, aby zabić nudę wymyślaliśmy coraz to nowe zabawy. Co było, muszę przyznać, niemałym wyzwaniem, po iluśtam latach wspólnej znajomości.
Koło naszego podwórka znajdował się wielki, brzydki, brudny i zarośnięty wąwóz. No, przynajmniej kiedyś wydawał mi się wielki, z perspektywy mojego metr czterdzieści pięć. Cudowne miejsce! Było tam specjalne drzewo, na które się często wspinaliśmy, skubiąc słonecznik, rosły wiśnie, po które robiło się wypady… Były trzęsawiska, w których się taplało i nawet bardzo atrakcyjny ściek kanalizacyjny. Ta śmierdząca dziura dawała tyle możliwości!
Obok wąwozu było nasze małe boisko, gdzie spędzaliśmy wiosenne dni i letnie, chłodne wieczory. Ze względu na bliskość obu obiektów i nieudolność graczy, piłka często lądowała w dziurze. I wtedy musiały skakać po nią najgorsze ofiary, prosto w bagna i pokrzywy.
Pewnego razu zdarzyła się właśnie taka sytuacja, z tym że chłopiec poza naszą piłką wyniósł też stamtąd patyk… niezwykły… co to był za patyyk! Wszyscy byli zazdrośni, i wszyscy zaczęli szukać sobie podobnych. Zważywszy na unikalny kształt patyka, naszym mamom zaczęły znikać wszelkiego rodzaju sznurki i linki do prania (tak jak wcześniej znikały garnki i pokrywki), a wkrótce pojawiła się fantastyczna nowa zabawa.
Jeden z chłopców był tak zwanym bawołem. Znaczy się piłka była bawołem, a on nią sterował. Bawoła czasem trzeba było ukryć jak najlepiej, czasami najzwyczajniej w świecie – spierdalać z nim. Reszta hołoty, wyposażona w prymitywne łuki, miała za zadanie ustrzelić bawoła. Gdy trafiło się go 3 razy – zdychał. Zabawa była przednia.
Oczywiście dzięki temu powstała nowa moda, wszyscy wymyślali coraz to lepsze metody strzelania, tworzenia łuków, strzał, materiałów na cięciwy, szukali lepszej jakości kijów…
Tak się złożyło, że były chłopak mojej siostry (a zarazem przyjaciel mojego brata ze studiów), zostawił kiedyś u nas gitarę. I zapomniał o niej. Gitara stała w kącie przez te wszystkie lata i kurzyła się, bo nikt nie umiał na niej grać. Aż pewnego razu mój brat palnął “z tego to by była zajebista cięciwa do łuku”, mając na myśli struny. A że był dla mnie swego rodzaju autorytetem, bez namysłu chwyciłem za nożyczki i zacząłem kombinować.
Tym sposobem gitarę przerobiłem na łuk.
Moda minęła jak wszystkie mody, zabawa jak wszystkie zabawy. Dzieciństwo też minęło, choć z doświadczenia wiem, że nie u wszystkich mija. Tak zwany “Syndrom Piotrusia Pana” bywa zmorą współczesnych mężczyzn, ale nie o tym dziś.
Pięć, może dziesięć lat później, poznałem dziewczynę. Ładna była nawet, ale cicha strasznie i nieśmiała. To co mnie urzekło, to jej zręczne paluszki. A konkretnie to, w jaki nieziemski sposób potrafiła, delikatnie szarpiąc struny, wydobywać z nich czystą harmonię dźwięków… Uwielbiam jej słuchać do dziś, tego jak gra. Pomyślałem sobie wtedy… chuj ja też przecież mam gitarę. Faktycznie – od wieków stała w kącie, porzucona i zapomniana, a na gryfie zdążyła się osadzić potężna warstwa brudu.
Namówiłem siostrę, żeby wyłożyła kasę i sprezentowała mi komplet jakichś zwykłych, nylonowych strun. W końcu po trudach i znoju, gitara przejawiała pozory sprawności. I użyteczności. I zaczęła się moja przygoda.
Złe słowo, zaczęła się moja porażka. Byłem koszmarny, nie potrafiłem zagrać prostej melodii, panikowałem, wkurwiałem się, chciałem umrzeć i przy każdym spojrzeniu na gitarę czułem zapach gówna. Próbowałem się czegoś nauczyć… ale chuj, nic mi nie wychodziło. Rzuciłem to w cholerę. A potem znowu spróbowałem. I zacząłem ćwiczyć.
Zauważyłem, że im więcej gram, tym lepiej mi idzie. Palce zaczęły mi się przyzwyczajać, wyczucie wyostrzać. Ćwiczenia były mozolne i śmierdziały kupą… ale satysfakcja po zagraniu ulubionej piosenki? Nie do opisania. A im dłużej ćwiczyłem, tym lepiej mi szło, tym bardziej byłem z siebie dumny. I tym szczęśliwszy, że nie rzuciłem tego na zawsze po pierwszych kilku porażkach.
Właśnie tak jest z podrywaniem.
Pozdro